fbpx

Aktualności

Bez ściemy, cz. II

21.11.2025

„Osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają w sobie to, za czym dzisiejszy świat bardzo tęskni: bezpośredniość, szczerość i prawdę. Możemy się od nich wiele nauczyć. Wiem, co mówię. Sama przeżyłam w życiu poważny kryzys. Wtedy to właśnie moi przyjaciele z „Drużyny” uratowali mnie swoją obecnością, prostotą i miłością” − mówi Gabriela Oberbek, aktorka teatralna, filmowa, telewizyjna i oligofrenopedagożka.

Podczas tegorocznego 25. Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną „Albertiana” teatr „Drużyna” zwyciężył przedstawieniem „Krótka historia o emocjach”. Kto napisał scenariusz tego spektaklu?

Ja to zrobiłam. Odwołałam się w nim do codziennych trudności moich aktorów: ich lęków, kompleksów i poczucia inności. Chciałam, by ten spektakl pomógł im oswoić emocje, z którymi zmagają się na co dzień. Problem w tym, że dorosłe osoby z niepełnosprawnością intelektualną wciąż traktuje się jak dzieci. Nasze społeczeństwo niewiele obchodzi, co takie osoby czują i mają do powiedzenia. Od najmłodszych lat słyszą, że nie powinny okazywać złości czy gniewu. I te „nauki” zostają z nimi na lata, nawet wtedy, gdy mają osiemnaście lat i więcej. Kiedy zaczynałam pracę z aktorami „Drużyny”, widziałam, że wielu z nich nie radzi sobie ze swoimi emocjami. Często słyszałam: „Strach jest zły”, „Złość jest zła”. Tłumaczyłam więc: „Ale jeśli ktoś robi ci krzywdę, wtedy masz prawo czuć strach albo złość. To naturalne reakcje człowieka”. Przecież emocje, które powszechnie uważa się za negatywne, mogą też pełnić pozytywną rolę. Gniew potrafi wyznaczać zdrowe granice w relacjach, a strach − chronić przed niebezpieczeństwem.

Gabriela Oberbek podczas gali 25. Festiwalu Twórczości Teatralno-Muzycznej Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną „Albertiana”, fot.: Jarosław Praszkiewicz

Fakt.

Kiedy zaczęłam bliżej poznawać moich aktorów, zauważyłam, że − poza smutkiem i radością − nie potrafią w pełni przeżywać i akceptować trudniejszych emocji. W ich głowach te emocje nakładały się na siebie: boję się i przeraża mnie to, że się boję; wstydzę się i dlatego strasznie mi wstyd; jestem zły i to mnie jeszcze bardziej złości, bo przecież pani w szkole mówiła, że nie wolno być złym. Tymczasem złość sama w sobie nie jest zła. Owszem, agresja bywa destrukcyjna. Ale gdy ktoś codziennie nas popycha, wyśmiewa czy kopie, to stanowcze „Dość!” z naszej strony jest jak najbardziej właściwe. Ludzie pełnosprawni, kończąc osiemnaście lat, wchodzą w dorosłość. Idą na studia, do pracy, uczą się odpowiedzialności. Tymczasem osoby z niepełnosprawnością intelektualną, aż do dwudziestego czwartego roku życia, obejmuje szkolnictwo specjalne. To sprawia, że wiele młodzieńczych nakazów i zakazów ciągnie się za nimi również w dorosłości. Nie krytykuję szkolnictwa specjalnego ani warsztatów terapii zajęciowej. To miejsca bardzo potrzebne. Jednak uczę moich aktorów, że mają prawo przeżywać wszystkie emocje, także te trudne. Skoro są dorosłymi ludźmi i chcą o sobie decydować, powinni też być odpowiedzialni za swoje działania. O tym właśnie opowiada scenariusz „Krótkiej historii o emocjach”. Konsultowałam go z „Drużyną”. Niektóre sceny uprościliśmy, by lepiej oddać doświadczenia moich aktorów. Sama idea pozostała jednak bez zmian. Chodziło o to, by pokazać, że jeśli odczuwamy złość, lęk czy wstyd, to znaczy, że jesteśmy ludźmi. Warto w sobie te emocje rozpoznawać, oswajać i mierzyć się z nimi, zamiast je wypierać. Myślę, że wspólne rozmowy i praca nad spektaklem pomogły „Drużynie” pokonać wiele wewnętrznych barier.

Zaangażowała się Pani społecznie nie tylko w prowadzenie prób z aktorami „Drużyny”, lecz także uczestniczy w ich codziennym życiu. Jakie wnioski ma Gabriela Oberbek na temat rzeczywistości, w której funkcjonują?

Życie moich aktorów nie jest proste. Przeżywają wiele emocji i codziennych zmagań. Realia im nie sprzyjają. Niedawno rozmawialiśmy o tym, co się stanie, gdy któregoś dnia zabraknie ich rodziców.

Trudne zagadnienie.

Z „Drużyną” poruszamy wiele zagadnień. Oczywiście, są sprawy, o których moi aktorzy rozmawiają z rodzicami. Ale są też takie, o których nie mówią z nikim. Mają niepełnosprawność intelektualną. Społeczeństwo nie daje im szansy na szczere rozmowy o związkach, emocjach czy seksualności. A przecież to także ich dotyczy. Podobnie jest z tematem śmierci. Często słyszę: „Nie mówmy o tym, bo będą płakać.” Ale płacz jest czymś naturalnym. Ludzie potrzebują rozmowy o trudnych sprawach. To daje im siłę i poczucie sensu. Czy jeśli życie rozdało osobom z niepełnosprawnością intelektualną trudniejsze karty, to mamy tych ludzi dodatkowo izolować i traktować z litością? Nie, przeciwnie. Należy rozmawiać z nimi serio, po partnersku.

„Drużyna” z wokalistką Weroniką Korthals na Dużej Scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, fot.: Jarosław Praszkiewicz

Pojęcia nie mam. Nie jestem − jak Pani − oligofrenopedagogiem.

Wielu ludzi traktuje osoby z niepełnosprawnością z litością. Taka postawa − choć często wynika z dobrych chęci – bywa bardzo krzywdząca. Notabene znam to z autopsji. A przecież osoby z niepełnosprawnością intelektualną mogą być wspaniałymi partnerami, przyjaciółmi, współpracownikami. Wszystko zależy od tego, jaką relację z nimi zbudujemy. W „Drużynie” rozmawiamy o wielu sprawach. Czasem zmagamy się z trudnościami podczas prób. Ale właśnie w ten sposób tworzymy kapitał emocjonalny i coś, co zostaje w człowieku na całe życie. Tłumaczę moim aktorom, że ten kapitał będzie im potrzebny kiedyś − gdy zabraknie rodziców. Oczywiście, marzymy, by w przyszłości zamieszkali razem, w jednym domu. Ale jeśli to się nie uda, chcę, by wiedzieli, że, po śmierci bliskich, nie muszą czuć się bezradni albo zagubieni, bo mają w sobie siłę, której teraz uczą się w „Drużynie”.

Podobno krzyczy Pani na swoich aktorów podczas prób.

Owszem, bywa ostro. Zdarza się, że mój sposób komunikacji jest żywiołowy. Ale zawsze pozostaje szczery. Gdy w „Drużynie” coś nie działa tak, jak się umówiliśmy, mówię jasno i bez owijania: „Proszę państwa, to jest wasza odpowiedzialność. Możecie decydować. Jednak każdy wybór ma swoje konsekwencje”. Moi aktorzy lubią o sobie decydować, czuć własną sprawczość. Czasem jednak − jak każdy z nas − stają się zbyt wygodni. Szukają wymówek czy usprawiedliwień. Wtedy potrafię być stanowcza. Ale nie dlatego, że się złoszczę, tylko dlatego, że traktuję ich poważnie. W zespole obowiązuje zasada: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. To nasze motto. Moi aktorzy wiedzą, że ich kocham. Oni odwzajemniają te uczucia. Ufamy sobie. Wiemy, dokąd razem zmierzamy. Chcę jednak, by było jasne, że nie jestem dla nich panią prowadzącą zajęcia, tylko stanowię część zespołu. W „Drużynie” jestem partnerką w działaniu. Zrozumiałam, że dawanie moim aktorom przestrzeni do samodzielnych decyzji przynosi niezwykłe efekty. Każdy z nich − niezależnie od stopnia niepełnosprawności − potrzebuje poczuć, że jego głos się liczy. To właśnie wtedy dzieje się prawdziwy rozwój.

„Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” to motto „Drużyny”, fot.: Jarosław Praszkiewicz

To znaczy?

W jednej ze szkół specjalnych miałam na zajęciach pana Darka, niepokornego, zbuntowanego chłopaka. Nie sądziłam, że uda mi się do niego dotrzeć. Zawsze stał odwrócony do mnie plecami. Nie chciał się angażować w żadne działania. W końcu powiedziałam: „Panie Darku, rozumiem, że nie chce pan z nami pracować. Ale coś robić trzeba. Jest pan silny. Może zajmie się pan pilnowaniem porządku w sali? Różni ludzie tu przechodzą, przeszkadzają”. Pan Darek zgodził się. Stanął przy drzwiach jak prawdziwy ochroniarz. Po pewnym czasie dodałam: „Panie Darku, potrzebujemy ochroniarza w jednej ze scen. Pan tylko stanie. Nic więcej robić nie trzeba”. „Dobrze, dobrze” − odpowiedział. I tak oto, zupełnie niepostrzeżenie, pan Darek stał się częścią naszego przedstawienia. Z czasem bardzo się w to zaangażował. Krok po kroku odnajdywał w sobie pewność i sens działania. Kiedyś jednak grupa zaczęła tracić motywację. Postanowiłam więc postawić sprawę jasno: „Proszę państwa, jesteście ludźmi dorosłymi. Do niczego nie zamierzam nikogo zmuszać. Ale nie mogę się godzić na bylejakość. Jeśli nie chcecie pracować, zakończmy współpracę”. Te słowa bardzo poruszyły pana Darka. Przeżył to głęboko. Miał łzy w oczach. Widać było, że ta sytuacja nim wstrząsnęła. Po krótkim czasie sam przyszedł i powiedział, że chce wystąpić w spektaklu. Od tej pory był w pełni zaangażowany. Nieraz powtarzał z dumą: „Jestem tu ochroniarzem. Chcę, żeby pani Gabrysia była spokojna”. Zaczął czuć się potrzebny, traktowany poważnie. W tamtym czasie nie miał pracy. Dziś, wiem, że już pracuje. Nauczył się odpowiedzialności i zaradności. Kiedy spotykamy się w mieście, witamy się uśmiechem i żółwikiem. Ta sytuacja dowodzi, że z osobami o różnym stopniu niepełnosprawności można budować konstruktywne relacje. Czasem wymaga to więcej cierpliwości i czasu. Ale efekty są równie piękne.

W „Dolinie Słońca” „Drużyna” odwiedziła aktorów teatru „Radwanek”, z którym, od 1999 r., współpracuje Anna Dymna, fot.: archiwum prywatne Gabrieli Oberbek

W większości społeczeństwo boi się osób z niepełnosprawnościami. Czy sądzi Pani, że można to zmienić?

Zmianę trzeba zacząć od działań lokalnych, od edukacji. Od pokazywania − bez ściemy − że osoby z niepełnosprawnością intelektualną też mają swoje zainteresowania, pasje, obawy, radości. To ludzie, którzy potrafią myśleć, analizować, mają refleksje na temat świata wokół siebie. Warto ich słuchać. Najważniejsze jest poszerzanie świadomości, zwłaszcza wśród młodych ludzi, bo to oni za kilka czy kilkanaście lat będą kształtować rzeczywistość, wpływać na relacje międzyludzkie i społeczną wrażliwość. Osoby z niepełnosprawnościami powinny być widoczne, obecne w przestrzeni publicznej, kulturze i mediach. Wspaniale robi to profesor Anna Dymna, tworząc Festiwal Zaczarowanej Piosenki. Byłam w tym roku na jego finale i widziałam ogrom emocji, jakie wywołuje. Obok mnie siedziała starsza pani, która z niedowierzaniem zapytała: „Naprawdę? To są osoby z niepełnosprawnościami? Tak pięknie śpiewają!”. „A dlaczego miałyby śpiewać gorzej?” − pomyślałam wtedy. Tak, niektórzy z nich poruszają się o kulach czy na wózkach, ale to nie ma nic wspólnego z ich talentem. Byłam mocno poruszona tą reakcją. Pomyślałam, że ta pani pewnie nigdy wcześniej nie miała okazji przekonać się, że każdy człowiek jest osobnym światem. Ale jeśli damy sobie szansę, by ten świat poznać, to okazuje się, że tak naprawdę jesteśmy do siebie bardzo podobni.

Anna Dymna wielokrotnie podkreślała, że świat − jak nigdy dotąd − potrzebuje osób z niepełnosprawnością intelektualną. Takie słowa, dla wielu uszu, brzmią osobliwie w czasach internetu, podboju kosmosu, zdobyczy kultury, sztucznej inteligencji…

…wojen, ogromu frustracji, poczucia osamotnienia, zagubienia, hejtu, lęków, powierzchowności międzyludzkich relacji, naszego wyczerpania pędem codzienności. W czasach, gdy świat potężnie choruje i coraz trudniej nam się do siebie szczerze uśmiechnąć, twierdzenie profesor Dymnej brzmi niezwykle prawdziwie. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają w sobie to, za czym dzisiejszy świat bardzo tęskni: bezpośredniość, szczerość i prawdę. Możemy się od nich wiele nauczyć. Wiem, co mówię. Sama przeżyłam w życiu poważny kryzys. Wtedy to właśnie moi przyjaciele z „Drużyny” uratowali mnie swoją obecnością, prostotą i miłością. Dzięki nim wróciła do mnie radość i wszystko to, co w życiu jest naprawdę ważne.

Rozmawiał Wojciech Szczawiński

Może Cię zainteresować

Magda Umer nie żyje

12.12.2025

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Magdy Umer, wybitnej Artystki i niezwykle życzliwej Przyjaciółki Festiwalu Zaczarowanej Piosenki.

Pierniczki w „Dolinie Słońca”

11.12.2025

W miniony poniedziałek w całym ośrodku „Dolina Słońca” unosił się zapach pierniczków. Nasi podopieczni z niecierpliwością wyczekiwali tego dnia. Razem z wolontariuszami i pracownikami fundacji tworzyli wypieki na nadchodzące święta Bożego Narodzenia.

Dołącz do newslettera