„Choinki Jedynki” dadzą wytchnienie
Ewelinę Witkowską, kierowniczkę ośrodka wytchnieniowego „Spotkajmy się”, najbardziej uderza fakt, że w naszym kraju wciąż żyją ludzie, którzy − mając pięćdziesiąt, sześćdziesiąt albo więcej lat − nigdy dotąd nad polskim morzem nie byli.
Decyzją Anny Dymnej środki zebrane w tegorocznych 24. „Choinkach Jedynki”, akcji charytatywnej Programu Pierwszego Polskiego Radia, wesprą – w równych częściach − Domy Wspólnoty „Chleb Życia” siostry Małgorzaty Chmielewskie oraz, budowany i prowadzony przez nas, ośrodek wytchnieniowy „Spotkajmy się” w nadbałtyckim Lubiatowie.
***
− Bywa, że mamy w Lubiatowie gości, którzy po raz pierwszy odwiedzają Wybrzeże – mówi Ewelina Witkowska. – Przyjeżdżają do nas przemęczeni, udręczeni poczuciem bezsilności i brakiem zrozumienia ze strony otoczenia, nierzadko schorowani. Są za to bezgranicznie oddani opiece nad swoimi dorosłymi podopiecznymi. Ci ludzie cieszą się jak dzieci, kiedy mogą pójść beztrosko na długi spacer po plaży, do lasu albo w spokoju poopalać się w letnie dni. Zapewniamy im pełen komfort podczas tygodniowego wypoczynku, włącznie z całodniowym wyżywieniem. Turnusy w naszym ośrodku są bezpłatne.

Fot.: Marcin Gielzak
Pierwszych gości ośrodek przyjął w maju tego roku.
Usytuowany jest on w przepastnym lesie, niemal tuż nad brzegiem Bałtyku. Składa się z pięciu całorocznych domków (docelowo ma być ich dziesięć). Funkcję świetlicy terapeutycznej pełni w nim na razie jedno z pomieszczeń pobliskiego Warsztatu Terapii Zajęciowej.
Idea funkcjonowania tego miejsca jest prosta: kiedy terapeuci – do późnych godzin popołudniowych − prowadzą zajęcia z osobami z niepełnosprawnością, ich opiekunowie mogą dowolnie dysponować swoim czasem. Jednak zdarza się, że ci nie potrafią uwolnić się od codziennego niepokoju, „trybu” nieustannej czujności.
− Na przykład przychodzi do nas mama ze swoim pięćdziesięcioletnim dzieckiem – relacjonuje Maja Drewa, instruktorka terapii zajęciowej. − Siada obok. Widać, że nie bardzo wie, jak ma się zachować, co powinna robić. „Mamo – mówię do niej. – Twój syn jest teraz pod dobrą opieką. Przyjechałaś tu wypocząć. Pospaceruj więc po lesie, idź na plażę. Miło spędzaj czas. Jeśli zdarzy się cokolwiek niepokojącego, twój syn ma przecież telefon. Skontaktuje się z tobą. Spróbuj pobyć tu dla siebie”. A kiedy widzę po paru godzinach, że ta mama wraca z wielkim uśmiechem na twarzy, czuję się szczęśliwa, bo wiem, że wypoczęła.
42-letnia Dorota Mościbrocka przyjechała do Lubiatowa z podwarszawskich Łomianek.
Kiedy jej syn, Kacper, wraca z zajęć w niepublicznej szkole Fundacji Pomocy Ludziom z Niepełnosprawnościami w Warszawie, całkowicie koncentruje się na jego potrzebach. Musi kontrolować przy nim swoje wypowiedzi, ton głosu, gestykulację. Nawet mimikę. Agresję u Kacpra mogą wywołać zwyczajne zdarzenia codzienności, słowo, dotyk, dźwięk albo przypadkowy gest. Farmakoterapia, w jego przypadku, nie zawsze bywała skuteczna.
− Syn nieraz odpinał pas bezpieczeństwa i zaczynał mnie bić, gdy prowadziłam samochód – pani Dorota ociera łzy. – Pamiętam, że kiedy, pięć lat temu, umierał mój mąż – mimo że w tamtym okresie byłam potwornie umęczona jego chorobą nowotworową − potrafiłam Kacpra jeszcze złapać, zaprowadzić do pokoju, który po chwili, w przypływie złości, totalnie demolował. Od tamtej pory syn jednak wyrósł, bardzo zmężniał. Przed dwoma laty, kiedy go objęłam i starałam się powstrzymać, zaczął uciekać. Robił to, dźwigając mnie na plecach. Często zupełnie opadam z sił. A mam jeszcze dwunastoletnią, zupełnie zdrową córkę, Zuzię.
Terapeutki w ośrodku bardzo Kacpra chwalą. Twierdzą, że mężczyzna jest spokojny, chętny do pracy. A jeśli ma ochotę, pomaga im nawet sprzątać pomieszczenie świetlicy, kiedy zajęcia dobiegają końca.
− To jasny znak, że również Kacper wypoczywa w tym pięknym, nadmorskim miejscu – tłumaczą.
Najpilniejszą obecnie potrzebą jest stworzenie w Lubiatowie pawilonu integracyjnego.
Mieściłby on zarówno świetlicę terapeutyczną, stołówkę, jak i gabinet psychologa. Byłby też miejscem wspólnych spotkań gości ośrodka. Jednocześnie, w wydzielonym tam pomieszczeniu, znajdowałoby się zaplecze gospodarcze oraz przechowalnia rowerów elektrycznych, którymi ośrodek już dysponuje.
− Opiekunowie osób z niepełnosprawnościami często borykają się również z problemami natury psychicznej – wyjaśnia Ewelina Witkowska. – Słyszymy tu niejedną porażającą opowieść o balansowaniu na granicy wyczerpania nerwowego. Niestety, społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy z problemów, które każdego dnia spotykają takich opiekunów. Rezygnują oni z własnego życia, marzeń, pracy zawodowej, żeby zajmować się swoimi dziećmi z niepełnosprawnościami. Bywa często, że nawet najbliższe otoczenie ich nie rozumie. Żyją więc nie tylko w poczuciu wyczerpania, ale też osamotnienia. Prowadzenie konsultacji psychologicznych w naszym ośrodku jest więc rzeczą niezwykle potrzebną.
Dorota Mościbrocka wspomina, że od dawna nie wyjeżdża ze swoimi dziećmi na standardowy wypoczynek. Obawia się reakcji otoczenia na zachowanie Kacpra. Ma bardzo przykre doświadczenia w tym względzie. Jeśli pragnie wypocząć, robi to wyłącznie w towarzystwie innych opiekunów osób z niepełnosprawnościami i ich podopiecznych. Mówi, że tylko w takim gronie znajduje zrozumienie oraz wsparcie.
− Na takie wyjazdy zabieram też córkę. Zuzia, jako w pełni zdrowa dwunastolatka, niby rozumie naszą codzienność i ograniczenia. Dostrzegam jednak, że coraz bardziej zamyka się w sobie. Nawet rodzina męża, po jego śmierci, przestała utrzymywać z nami kontakt. W większości przypadków chronimy się przed tym – rzekomo – normalnym światem oraz jego – w cudzysłowie – tolerancyjnym, empatycznym oraz otwartym społeczeństwem. Mieszkamy, na szczęście, w domu z ogródkiem. To tam jest centrum naszego świata − pani Dorota tłumi szloch.
Pomieszczenie tymczasowo zaadaptowane na świetlicę terapeutyczną ośrodka wytchnieniowego mieści się na parterze, w tylnej części dwukondygnacyjnego budynku Warsztatu Terapii Zajęciowej, za którą rozpościera się, granicząca z lasem, szeroka polana.
Kiedy rano – pod opieką trzech terapeutek – osoby z niepełnosprawnościami rozpoczynają zajęcia, w pomieszczeniu robi się tłoczno.
− Niezbędne jest nam większe miejsce nie tylko do prowadzenia arteterapii – mówi Maja Drewa. – Potrzebujemy też przestrzeni, by usiąść na przykład w kręgu i zajmować się grami słownymi bądź ruchowymi. W tak kameralnych warunkach niełatwo również umieścić materac i wygodnie ułożyć na nim osobę z niepełnosprawnością, kiedy ta poczuje się źle. A miałyśmy tutaj przypadki napadów padaczki, agresji, histerii. Owszem, gdy jest ładna pogoda, możemy wyjść z podopiecznym na polanę. Nie ma jednak takiej możliwości, gdy na dworze panuje chłód, pada deszcz albo śnieg. Poza tym niektórzy podopieczni wymagają indywidualnej pracy z terapeutkami. Brakuje na to miejsca. Jesteśmy więc bardzo wdzięczne Warsztatowi Terapii Zajęciowej, że − mimo własnych potrzeb − udostępnił nam to pomieszczenie. Robimy wszystko, żeby uczestnicy naszych zajęć czuli się tutaj jak najlepiej. Bardzo się z nimi zżywamy. Jest wielki smutek i wielkie wzruszenie w chwili pożegnań.
Zofia Czarny ma 72 lata.
Do Lubiatowa przyjechała z Podkarpacia, z 33-letnią córką, Justyną, która ma zespół Downa.
− Jestem po pięciu operacjach, śruby i blaszki mam w kręgosłupie, ale Bóg siły jeszcze daje, więc jakoś tam sobie radzę – wzdycha. – Najgorsza jest myśl, co stanie się z Justynką, kiedy mnie na tym świecie zabraknie. My, rodzice dorosłych osób z niepełnosprawnością, mówimy wprost: „Chcemy, żeby nasze dzieci umarły przed nami”. Pomocy właściwie znikąd nie mamy. Rządzący tylko gadają, obiecują. Ale nic nie robią. Takie dziecko, jak Justynka, wymaga dwudziestoczterogodzinnej opieki. Powie ktoś: „Wielkie rzeczy. Jeść tylko trzeba dać, ubrać. Ewentualnie do lekarza zaprowadzić”. Oddałabym Justynkę temu komuś tylko na dobę. Zobaczyłby wtedy, jak wygląda opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnością intelektualną. Oj, srogo by popamiętał. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że tu chodzi o najprostsze czynności codziennego dnia. Należy dopilnować, na przykład, przyjmowania leków albo tego, czy Justynka bierze kąpiel, czy tylko odkręca wodę i – przez dwie godziny – stoi obok prysznica. Czasami trzeba wejść do łazienki, umyć ją, bo nerwowo człowiek nie wytrzymuje. Nie wypłaciłby się też z rachunków za wodę. I tak non stop, dzień w dzień. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Pani Zofia bardzo cieszy się z pobytu w Lubiatowie.
Jest bardzo wdzięczna za to, że może tu być. Mówi, że w ośrodku wytchnieniowym „Spotkajmy się” czuje się jak królowa: jedzenie wspaniałe, od godziny dziewiątej do szesnastej − z przerwą na obiad – jej córka jest zaopiekowana w świetlicy terapeutycznej; terapeutki − pierwsza klasa, dziewczyny z sercem na dłoni. W takich warunkach może mieć wreszcie czas wyłącznie dla siebie. Ale o codziennych zgryzotach pani Zofia do końca zapomnieć nie umie.
− Człowiek jest potwornie wymęczony opieką, szczególnie gdy rodzic samotnie wychowuje dziecko z niepełnosprawnością – zauważa 66-letnia Łucja Dryniak, która do Lubiatowa też przyjechała z Podkarpacia. – Nawet w tak pięknym miejscu fundacji Anny Dymnej nie da się całkowicie oderwać od trosk życia i od tej bolącej myśli, co stanie się z córką, kiedy umrę. Moja Monika ma teraz trzydzieści trzy lata. Urodziła się z ciąży bliźniaczej, z niedotlenieniem mózgu. Lekarze powinni mi zrobić cięcie cesarskie. Ale nie zrobili. Nie wiedzieli, że mam bliźniaki. Przeszłam w życiu bardzo trudne chwile. A i dziś łatwo nie jest. Monika ma dwie starsze siostry, które pozakładały rodziny. Zdarza się, że córka pyta smutno: „Mamusiu, a kiedy ja będę miała męża i urodzę dziecko?”. Co mam odpowiedzieć? Ukrywam swój ból, bezsilność, łzy. I jakoś tłumaczę Monice, że nie może mieć dziecka ani męża, bo urodziła się chora. Niby moje dziecko to rozumie. Ale po paru dniach zadaje to samo pytanie. Nie życzę żadnemu rodzicowi takiej bezradności, jaką w tych chwilach odczuwam przy Monice. Ludzie zresztą nie doceniają, że mają dzieci zdrowe.
Wojciech Szczawiński











