Najważniejsza jest miłość
„Żadne poczucie splendoru, żadna fortuna, kariera czy posiadana władza nie zastąpi nam magicznej mocy prostych, życzliwych odruchów: uśmiechu, zaufania, wzajemnie okazywanej sobie uważności oraz zrozumienia. Tego uczą właśnie podopieczni z »Doliny Słońca«” – mówi Anna Dymna.
Minął kolejny rok działalności Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Jak ocenia Pani ten czas?
Realia nie są łatwe. Żyjemy przecież w niezwykle niespokojnych i niepewnych czasach. Wiele spraw się przewartościowało. Dlatego działania społeczne również nie są proste. Mimo wszystko uważam, że to był dobry rok dla mojej fundacji. Udało nam się zorganizować kolejną edycję Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, ogólnopolskiego, kilkuetapowego konkursu dla uzdolnionych wokalnie osób z niepełnosprawnościami. A w maju, w Lubiatowie, w sąsiedztwie naszego Warsztatu Terapii Zajęciowej, uruchomiliśmy ośrodek wytchnieniowy „Spotkajmy się”. Na razie składa się on z pięciu całorocznych domków. W tym magicznym miejscu, pośrodku wielkiego lasu, niemal tuż nad brzegiem Bałtyku, gościmy na tygodniowych, bezpłatnych turnusach, opiekunów dorosłych osób z niepełnosprawnościami. Budowa i utrzymanie tego ośrodka są kosztowne. Warte były jednak naszych starań oraz społecznych pieniędzy. Uważam, że pomysł realizowania tej inwestycji to jedna z najwspanialszych myśli, jaka zrodziła się w mojej głowie.
Skąd to przekonanie?
Większość naszego społeczeństwa nie ma pojęcia, z jakimi problemami borykają się opiekunowie osób z niepełnosprawnościami. Z bezgranicznym oddaniem zajmują się oni swoimi podopiecznymi. Rezygnują dla nich z własnych marzeń, ambicji. A przecież czas płynie. Dzieci z niepełnosprawnościami dorastają. Opiekunom sił oraz zdrowia nie przybywa, tym bardziej jeśli samotnie zajmują się swoimi pociechami. Głos tych ludzi nie jest jednak słyszany. Ich potrzeby bywają często niedostrzegane i lekceważone. Odkąd prowadzimy ośrodek wytchnieniowy w Lubiatowie, poznaliśmy niejedną historię, która jeży włos na głowie: o samotności, bezradności, odtrąceniu, obojętności. Ci ludzie są niejako karani za miłość. Mogliby przecież oddać swoich podopiecznych do domów opieki społecznej, obciążyć kosztami i odpowiedzialnością państwo. Ale nie robią tego, bo kochają. Kochają bezgranicznie. Ta heroiczna miłość staje się sensem oraz codziennością ich życia. Czuwają dzień i noc nad swoimi bliskimi chorymi albo z niepełnosprawnościami: żonami, mężami bądź dorosłymi już dziećmi. Muszą o sobie zapomnieć, bo brakuje im czasu na to, żeby o sobie pamiętać. Nie mają również czasu, a często też pieniędzy, by wyjechać na jakikolwiek wypoczynek. W Lubiatowie gościmy osoby, które − mając pięćdziesiąt, sześćdziesiąt albo więcej lat − po raz pierwszy widzą na żywo Bałtyk. Czy Pan to rozumie?
Trudno pojąć takie sprawy.
Od ponad dwóch dekad poznaję losy osób chorych i z niepełnosprawnościami, a także ich opiekunów. W oczach tych trzecich zawsze dostrzegam bezgraniczną miłość. Jednak w głębi ich spojrzeń widać również strach, a także potworne, podszyte goryczą udręczenie. Opowieści tych ludzi są porażające. Wyczerpuje ich nie tylko odpowiedzialność w sprawowaniu dwudziestoczterogodzinnej opieki nad dorosłymi bliskimi. Są także przytłoczeni myślą, co stanie się z pociechami, kiedy ich zabraknie na świecie. Przecież w tej przestrzeni nie wypracowano w naszym kraju właściwego systemu opieki. Kiedy, w lipcu, byłam w Lubiatowie, widziałam łzy szczęścia. Dlatego wiem, że funkcjonowanie ośrodka wytchnieniowego „Spotkajmy się” jest ważne i ogromnie potrzebne. Zresztą moja fundacja od początku działa, mając wyznaczony konkretny cel. Wiem, dlaczego ją założyłam i po co to zrobiłam. Każdy dzień podpowiada nam kolejne kroki, wyznacza nowe, niezwykle istotne cele. To nie są wydumane projekty. Ludzkich losów dotykamy własnymi sercami. Przy tym bardzo wzrusza mnie postawa darczyńców, sponsorów, wolontariuszy, którzy wspierają nasze działania. Dzięki temu wsparciu dzieją się prawdziwe cuda.

Anna Dymna w otoczeniu wolontariuszy Biura Młodych podczas finału 16. Festiwalu Zaczarowanej Piosenki w ICE Kraków, fot.: Sylwia Penc
Od chwili powstania, we wrześniu 2003 roku, Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko” wsparła leczenie, rehabilitację i edukację blisko czterdziestu czterech tysięcy osób w całej Polsce.
To nie zmienia faktu, że wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Wiemy, co jest ważne w naszej codziennej pracy. Oczywiście, bywa ciężko. Sama jestem coraz starsza i chwilami opadam z sił. Tych sił dodaje nam jednak jasność celów, które realizujemy, oraz fakt, że to, co robimy, konkretnie odmienia i polepsza los wielu ludzi. Na przykład z rozczuleniem przyglądałam się ostatnio naszym dorosłym podopiecznym z niepełnosprawnością intelektualną z ośrodka „Dolina Słońca” w Radwanowicach. Podczas grudniowego spotkania wigilijnego uzmysłowiłam sobie, że niektórych z nich znam od ponad ćwierć wieku. Postarzeli się, zniedołężnieli. A jednak w ich spojrzeniach wciąż widać jasność, radość. To cud. Przecież twierdzono jeszcze nie tak dawno, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną dożywają trzydziestu pięciu, góra, czterdziestu lat. Przyglądałam się podczas tego spotkania również wolontariuszom fundacji Santander, którzy po raz kolejni przyjechali do „Doliny Słońca”. To są poważni ludzie, na korporacyjnych stanowiskach. Zauważałam, jak bardzo się cieszą, że mogą być z naszymi podopiecznymi, jak tworzą z nimi serdeczne, uważne i szczere relacje. Usłyszałam od tych wolontariuszy wiele dobrych słów, również to, że bardzo potrzebują kontaktu z „Doliną Słońca”. A przecież nie musieli nic mówić. Ani od mojej fundacji, ani ode mnie niczego w zamian nie dostaną. Myślę, że dzieje się to, co twierdziłam od dawna: że w zagonionej, pełnej napięć i wyzwań rzeczywistości osoby z niepełnosprawnością intelektualną będą nas ratowały. Jak nigdy przedtem potrzebujemy przecież prostych i spontanicznych odruchów, które u osób z niepełnosprawnością intelektualną są naturalne jak oddychanie albo sen. „Dolinę Słońca” odwiedzają również wolontariusze firmy Cisco Kraków. Oni twierdzą podobnie: że spotkania z naszymi dorosłymi podopiecznymi z niepełnosprawnością intelektualną są im bardzo potrzebne, że kontakt z tymi ludźmi daje uzdrawiającą radość.
Za naszą wschodnią granicą toczy się regularna wojna. Polacy szykują sobie plecaki ewakuacyjne i dowiadują się, gdzie w ich miastach znajdują się schrony. A kilkanaście dni temu media podały zatrważającą informację, że dwunastolatka zasztyletowała, rok młodszą, koleżankę. Czy sądzi Pani, że jest to odpowiedni czas na analizę tego, co mogą nam dać osoby z niepełnosprawnością intelektualną?
Dramatyczne wydarzenia, o jakich obecnie słyszymy, budzą w nas przerażenie. To oczywiste. Spokój odbiera nam bezmyślność, nieprzewidywalność okrucieństwa oraz niepewność rzeczywistości, w której funkcjonujemy. Boimy się o bezpieczeństwo swoje i naszych bliskich. Ale wyczytałam gdzieś, że w dzisiejszych czasach rodzic poświęca na rozmowę ze swoim dzieckiem − przeciętnie − trzy minuty dziennie. Nie mamy czasu dla naszych bliskich, bo nieustannie za czymś gonimy. Trwamy w ciągłym poczuciu niewystarczalności, którą staramy się zapełniać iluzjami tego świata. Media karmią nas sensacjami, aferami, hejtem i fejkniusami. Wiedzą, że większość społeczeństwa uwielbia tego rodzaju historie. Dzieci również mają do tego nieograniczony dostęp. Jakie tego są skutki, widać i słychać każdego dnia. Gdzie są w tym wszystkim dorośli? Gdzie jest rozsądek i mądrość? Przecież żadne poczucie splendoru, żadna fortuna, kariera czy posiadana władza nie zastąpi nam magicznej mocy prostych, życzliwych odruchów: uśmiechu, zaufania, wzajemnie okazywanej sobie uważności oraz zrozumienia. Tego uczą właśnie podopieczni z „Doliny Słońca”. Dlatego tak często o nich mówię.
Właściwie od lat opowiada Pani to samo…
… i będę robić to dalej. Z pełnym przekonaniem i premedytacją. Uważam, że należy reklamować dobro. Przecież epatowania złem mamy pod dostatkiem. Niemal z każdej strony słyszymy, jak bardzo świat jest niebezpieczny, okrutny, plugawy. Mamy do czynienia z pandemią narzekania. Przebiegle uczy się nas życia w nieustannym poczuciu zagrożenia. Nie zgadzam się na taki obraz świata. Znam ludzi wspaniałych, ale, oczywiście, znam też potwory. Nie widzę jednak powodu, by koncentrować się na tych drugich. Uważam, że te potwory to biedni ludzie: samotni, psychicznie okaleczeni, trwający w poczuciu własnej niższości, którzy nic dobrego o sobie nie słyszą i nic dobrego o nikim nie mówią. Oni zioną nienawiścią, ponieważ sądzą, że nienawidzi ich świat. I dlatego z uporem oraz zachwytem opowiadam zawsze o roześmianych wolontariuszach mojej fundacji. Albo: o podopiecznych z „Doliny Słońca”, którzy potrafią podejść – nawet do nieznajomego − przytulić się i powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”. Takie odruchy mają uzdrawiającą moc.
Czego Anna Dymna życzyłaby sobie samej w nowym roku?
Zdrowia, sił… I by doba miała przynajmniej o pięć godzin więcej. Brakuje mi czasu na wiele rzeczy, które robić bardzo bym chciała. Przykro mi, że nie jestem w stanie odwiedzać wszystkich miejsc, do jakich jestem zapraszana. Niestety, ciągle wiszą nade mną dziesiątki toporów spraw do załatwienia.
A czego Anna Dymna życzyłaby innym?
Przede wszystkim tego, co najważniejsze − miłości. Nie, nie tej emocji wyobrażeniowej, życzeniowej, romantycznej, roszczeniowej albo opartej na chwilowych ekscytacjach w międzyludzkich relacjach. Życzę wszystkim miłości, która bierze się z głębokiego spojrzenia w siebie oraz wnikliwego rozumienia otaczającej nas rzeczywistości. Byśmy umieli zachwycać się błękitem nieba, słońcem, deszczem, zielenią traw i drzew albo przelatującym w pobliżu ptakiem. Życzę miłości, która daje spokój, cierpliwość, która umacnia, a jednocześnie buduje w nas pragnienie działania dla dobra innych: żony, męża, własnych dzieci, sąsiadów, a także wszystkich istot potrzebujących wsparcia. Życzę też dobrych relacji, które zamieniają się w trwałą przyjaźń. I tego jeszcze, byśmy każdego dnia słyszeli od kogoś: „Super, że jesteś”. Oczywiście, bardzo ważne jest zdrowie. Bez niego wszystko zdaje się bezsensem. Chociaż… Poznałam też ludzi, którzy potrafią tylko oddychać, mają jedynie sprawnie działający mózg. A − mimo wszystko − czują się szczęśliwi i spoglądają na świat z miłością.
Rozmawiał Wojciech Szczawiński

