fbpx

Aktualności

Samoobrona nie wyklucza

13.02.2024

„Na moich warsztatach przeprowadzam konkretne symulacje. Zrzucam na przykład kursantki z wózków. A kiedy demonstruję, w jaki sposób mogą być duszone, to duszę je naprawdę. Przecież nikt, kto zaatakuje te kobiety na ulicy, nie będzie poskramiał swojej brutalności przez wzgląd na ich niepełnosprawność” – tłumaczy sierż. Paulina Grabowska.

Sierżant Paulina Grabowska z wykształcenia jest pedagogiem resocjalizacyjnym. Na co dzień pełni służbę w Oddziale Zewnętrznym Aresztu Śledczego w Krakowie. Posiada uprawnienia ratownika kwalifikowanego pierwszej pomocy, instruktora samoobrony, strzelectwa dynamicznego oraz sędziego strzelectwa sportowego. Bliska jest jej idea honorowego krwiodawstwa. Angażuje się w działania prospołeczne, m.in. prowadząc zajęcia edukacyjne dla dzieci oraz seniorów. Zajmuje się również szkoleniem kobiet z niepełnosprawnościami z zakresu samoobrony.

Fot.: mjr Anna Margelist-Czajczyk

– Późnym wieczorem trzydziestolatka zatrzymuje samochód na osiedlowym parkingu. Po chwili opuszcza pojazd i, podpierając się kulami, zmierza w stronę swojego mieszkania. Nagle orientuje się, że jest śledzona. Podąża za nią rosły mężczyzna. Wszystko wskazuje na to, że kobieta z niepełnosprawnością stanie się niebawem ofiarą napadu. Jak powinna zareagować w takiej sytuacji?

– Może się zatrzymać, odwrócić, a potem stanowczo powiedzieć do mężczyzny: „Proszę mnie wyminąć, iść przede mną”.

– Tylko tyle?

– W samoobronie ważna jest prewencja, eliminowanie elementu zaskoczenia, a przy tym wybicie potencjalnego napastnika z rytmu jego działania. Sprawców napadów ulicznych możemy podzielić na dwie kategorie: „chłodnych” oraz „gorących”. „Gorący” to taki, który działa reaktywnie, pod wpływem impulsu. Tymczasem sprawca „chłodny” postępuje według planu: ma wybrany typ ofiary, dobrze rozpoznany teren i obmyśloną, z chirurgiczną precyzją, strategię działania. Przykładowo: napastnik zaplanował, że zbliży się do, wspomnianej, poruszającej się o kulach trzydziestolatki, a potem uderzy ją w głowę i przewróci. Tymczasem kobieta zatrzymuje się. Mówi stanowczo: „Proszę mnie wyminąć”. Takie zachowanie sprawia, że wybija ona sprawcę z planu jego działania. Zyskuje więc nad nim przewagę. Znalazłam się kiedyś w podobnej sytuacji. Jakiś jegomość szedł za mną późnym wieczorem w odludnym miejscu Krakowa. Gdy zatrzymałam się i zapytałam go wyzywającym tonem: „Gościu, dlaczego tak się wleczesz? Chcesz się ze mną umówić czy co?”, zrezygnował z dalszego podążania za mną. Psychologia to istotny element samoobrony.

– Napadł ktoś kiedyś Panią Sierżant?

– Doświadczyłam próby napaści na tle seksualnym. Sprawca zebrał potężny łomot. Miał o tyle trudno, że gdy próbował uciekać, zaczęłam go gonić. Osobiste doświadczenia również wykorzystałam do przygotowania programu moich szkoleń z samoobrony.

– Kiedy zorganizowała Pani Sierżant pierwsze zajęcia samoobrony dla kobiet z niepełnosprawnościami?

– W październiku ubiegłego roku. Odbyły się one w tak zwanym MAM-ie, czyli Miejscu Aktywności Mieszkańców na osiedlu Kozłówek w Krakowie. Tamte warsztaty przygotowałam we współpracy z fundacją „Życie Pełne Możliwości”. Udział w nich wzięły panie z niepełnosprawnością kończyn dolnych. Kolejną organizacją, dla której zaczęłam prowadzić szkolenia w grudniu ubiegłego roku, była fundacja „Helpful Hand”, pomagająca osobom ze stwardnieniem rozsianym. Może zabrzmi to nieskromnie, ale jestem ogromnie dumna z niezwykle pozytywnego odbioru moich zajęć oraz pochlebnego komentowania ich w mediach społecznościowych. Przekonałam się, że robię coś bardzo ważnego. Nie tylko jako instruktorka samoobrony, lecz także jako człowiek.

– Brzmi to osobliwie. Umiejętność samoobrony kojarzona jest przecież ze sprawnością fizyczną.

– Samoobrona to przede wszystkim forma rekreacji ruchowej. Taka aktywność nikogo nie wyklucza. Każdy może podnieść poziom własnego bezpieczeństwa, czy to siedząc na wózku, czy używając kul. Albo – jak w przypadku niektórych pań ze stwardnieniem rozsianym – stabilizując się kijkami do nordic walkingu. Oczywiście, przygotowując program warsztatów, zdawałam sobie sprawę, że poruszam się jedynie w obszarze teorii. Postanowiłam zatem ją przetestować. Sama usiadłam na wózku inwalidzkim…

– I?

– Cóż… Kolega, który usiłował atakować mnie w tej pozycji – mówiąc delikatnie – mocno się zmęczył. Miałam więc pewność, że swój autorski program przygotowałam właściwie również od strony praktycznej. Później potwierdziły to opinie moich kursantek, które niejednokrotnie opowiadały mi, w jaki sposób naruszano ich nietykalność cielesną – że robiono to często pod pozorem chęci niesienia im pomocy. Rzecz jasna, te kobiety mówiły mi tylko tyle, ile chciały powiedzieć. Pewnie niektóre wstydziły się albo nie chciały wspominać nadużyć, których doświadczyły. Spotkałam panią, która co prawda nie została zgwałcona, lecz zwierzyła się, że sprawca dopuścił się przy niej innej czynności seksualnej. Z kolei w grupie seniorek miałam przypadek usiłowania porwania. Nagabywanie kobiet z niepełnosprawnościami jest powszechne. Dlatego uważam, że kluczową umiejętnością u takich pań powinna być również asertywność. Też jej uczę na moich kursach.

Fot.: Urszula Gącik

– A jeżeli asertywność nie wystarcza?

– Kule czy kijki do nordic walkingu to świetne, improwizowane narzędzia samoobrony. Z kolei panie poruszające się na wózkach inwalidzkich mogą odpowiednio ułożyć w dłoni klucze do mieszkania i wyprowadzić nimi  „zmiękczenie” na wrażliwe punkty ciała napastnika. Co prawda dysfunkcje fizyczne mogą uniemożliwiać stosowanie dźwigni na obręcz barkową albo łokciową. Ale założenie takiej dźwigni na kciuk nie stanowi już sprawnościowego wyzwania.

– Ciągle odnoszę wrażenie, że rozmawiamy o problemie „z kosmosu”. Atakowanie kobiet z niepełnosprawnościami w głowie się nie mieści.

– Proszę zauważyć, że kobiety z niepełnosprawnościami chcą się dzisiaj czuć kobietami w pełni. Dbają więc o siebie, żyją otwarte na świat, wykazują aktywność w wielu przestrzeniach. A co za tym idzie, są narażone na niebezpieczeństwa podobnie jak ogół społeczeństwa. Jednocześnie wydają się łatwiejszym łupem od pań w pełni zdrowia i sił. Na moich warsztatach przeprowadzam konkretne symulacje. Zrzucam na przykład kursantki z wózków. A kiedy demonstruję, w jaki sposób mogą być duszone, to duszę je naprawdę. Robię to celowo. Chcę, żeby poznały realia. Przecież nikt, kto zaatakuje te kobiety na ulicy, nie będzie poskramiał swojej brutalności przez wzgląd na ich niepełnosprawność. Zdarza się, że moje kursantki opuszczają zajęcia lekko przerażone, z siniakami. Ale, co najważniejsze, nie kryją zadowolenia.

– Przyzna Pani Sierżant, że można być świetnie wyszkolonym w sportach albo sztukach walki. Jednak w sytuacji zaskoczenia, realnego zagrożenia na ulicy cała ta wiedza często na nic się zdaje.

– Fakt. Moi trenerzy powtarzają: „W takich sytuacjach liczyć można na dwadzieścia, trzydzieści procent swoich umiejętności, bo stres odbiera trzeźwość myślenia”.

– Zatem?

– Nie chcę zdradzać publicznie wszystkich tajników moich szkoleń. Wspomnę tylko, że istnieją metody pracy pod presją. Umożliwiają one efektywne wykorzystywanie w samoobronie stanu emocjonalnego, który następuje po wystrzale w organizmie adrenaliny, noradrenaliny i kortyzolu, czyli hormonów, jakie wytwarzają się w stanie nagłego, potężnego stresu. Niestety, jest smutną regułą, że kobiety zgłaszają się na zajęcia z samoobrony dopiero wtedy, gdy przytrafi się im nieszczęście. Tymczasem przejście takiego szkolenia powinno być równie oczywiste i powszechne, jak robienie kursu prawa jazdy. Cieszy mnie więc zainteresowanie i zaangażowanie kobiet z niepełnosprawnościami w prowadzone przeze mnie zajęcia. A z punktu widzenia czysto ludzkiego, jestem ogromnie wdzięczna losowi, że zetknął mnie z takimi kobietami.

– Dlaczego?

– Wiele od nich czerpię. Inspirują mnie. Chociaż, kiedy patrzyłam na nie po raz pierwszy, serce mi się ścisnęło. To jednak autentyczne wojowniczki. Przeciwności życia ich nie złamały. Przez to budzą mój głęboki szacunek. Moje kursantki niczego nie udają, są spontaniczne, pełne energii. Uśmiechają się od ucha do ucha. Mają do siebie dystans. Są aktywne zawodowo, otwarte na rzeczy nowe. Pokazują mi, co tak naprawdę jest w życiu ważne, że należy cieszyć się drobnostkami. Nie wiem więc, kto zyskuje więcej dzięki tym szkoleniom – one czy ja. To naprawdę fantastyczne móc pracować z takimi kobietami, doświadczać ich obecności. Dzięki nim inaczej spoglądam na własne życie.

– Jest Pani Sierżant empatyczna, wrażliwa, życzliwa, uśmiechnięta. Tymczasem pełni służbę wśród ludzi, którzy budzą społeczne przerażenie, nawet odrazę. I którzy wymagają twardego charakteru od funkcjonariuszy Służby Więziennej.

– Nie dostrzegam w tym żadnej sprzeczności. Osadzeni, jak słusznie Pan zauważył, też są ludźmi. A człowiek to więcej niż najgorsza rzecz, której w życiu dokonał. Ci ludzie opuszczą kiedyś mury więzienia. Moim zadaniem jest zrobić wszystko, by, po odbyciu wyroku, byli lepsi. Jako społeczeństwo powinniśmy uczyć się patrzeć na każdego człowieka całościowo, a nie oceniać go fragmentarycznie. Panie z niepełnosprawnościami, dla których prowadzę zajęcia z samoobrony, są również kimś więcej niż tylko okaleczonymi kobietami z dysfunkcjami fizycznymi. Uważam więc, że przestrzeń mojej pracy zawodowej oraz pozazawodowej harmonijnie się łączy i dopełnia.

Rozmawiał Wojciech Szczawiński

Może Cię zainteresować

„Popatrzcie na nas i pomyślcie…”

01.03.2024

Kiedy w Teatrze im. Juliusza Słowackiego unosi się kurtyna namalowana przez Henryka Siemiradzkiego i rozbrzmiewa „Miłość” Czesława Miłosza z muzyką Abla Korzeniowskiego, w wykonaniu chóru Vox Populi, w Krakowie rozpoczyna się coroczne, ogólnopolskie święto aktorów z niepełnosprawnością intelektualną.

Dołącz do newslettera